• sobota , 24 Czerwiec 2017
KOT MALINKI

KOT MALINKI

Niech to będzie bajka o życiu i śmierci. Bo czasem trzeba powiedzieć dziecku, że kochanemu zwierzęciu pomóc może jedynie śmierć.

Gdyby spytać Malinkę, ile lat ma jej kot, z pewnością nie umiałaby odpowiedzieć. Mogłaby co najwyżej podać własny wiek, bo z pewnością tak długo jak była na świecie, był na nim również Łobuz. On był od zawsze. Gdy dziewczynka była jeszcze niemowlakiem, notorycznie trzeba było wyciągać niesfornego kota z jej łóżeczka. Kiedy tylko Mama odkładała dziecko na drzemkę i cichutko opuszczała pokój, równie cicho zakradał się do niego Łobuz. Aksamitna główka lekko popychała drzwi,  tylko tyle, by móc wsunąć się przez wąską szczelinę. Bo z kotami to jest tak, że jeśli gdzieś zmieści się ich niefrasobliwa głowa, tam wcisną i resztę swojego kociego ciała. Łobuz tymczasem cichaczem dostawał się do pomalowanego na bladoróżowy kolor pokoju. Z  wrodzoną swemu gatunkowi zwinnością, korzystając już to z przewijaka, już ze stojącego nieopodal fotela, dostawał się w ciepłe pościelowe wnętrze wypełnione dziecięcym oddechem. Do szczęścia potrzebował jedynie skrawka poduszki i przekonania, że tuż za nim znajduje się łysa główka Malinki. Tak przynajmniej tłumaczył go Tata, kiedy odpierał zarzuty Mamy.

– Przecież to zagraża dziecku! – gorączkowała się nie bez racji – On jej kiedyś zasłoni usta tym swoim futrem!

– Ależ kochanie, toż on nigdy w życiu nie położył się przy jej twarzy. Zwróć uwagę, że Łobuz ukochał sobie…no cóż, jej potylicę.

Mama wybuchała śmiechem i na jakiś czas Łobuz był bezpieczny. To znaczy, że wyciąganie go z łóżeczka obywało się bez okazji do udowadniania, że koty zawsze spadają na cztery łapy.

Po latach zgodnego dzielenia snu, Łobuz wiedział już, że nocą u Malinki zawsze czeka na niego specjalnie przygotowana poduszka. Mamie zaś nie pozostało nic innego, jak zaakceptować tę sytuację. Jeden raz spróbowała zatrzasnąć drzwi do pokoju córki, zostawiając kota na zewnątrz. Skończyło się to wyrwaniem ze błogiego snu wszystkich członków rodziny, ponieważ koci desperat pazurami próbował utorować sobie drogę przez odgradzającą go od opiekunki szybę.

Mimo udomowienia w stopniu totalnym, Łobuz nie wyzbył się swojej kociej natury. Nikt nie wiedział, gdzie odbywa poranną, południową lub też przedwieczorną drzemkę, chyba, że sam zechciał się ujawnić.  Zdecydowanie nie odpowiadał mu wzór znajdujący się na ścianach przedpokoju i ogłosił to światu próbując samodzielnie dokonać jego zmiany. A przynajmniej zdjęcia starej, jak z pewnością sądził, tapety, co miałoby skłonić jego właścicieli do wystarania się o coś bardziej w kocim guście. Spał, jadł i zostawiał sierść w miejscu i porze, o jakich sam decydował. Malinka mawiała, że to po prostu dojrzały, samodzielny kot. Mama nazywała go pozbawionym zasad sierściuchem, nad którym straciła- tak, jakby kiedykolwiek ją miała- wszelką kontrolę.

Jednak pewnego dnia kot nie upomniał się o wieczorny posiłek, co zwykł czynić tyleż donośnym, co żałosnym miauczeniem. Leżał na poduszce swojej ulubienicy nim ta zdążyła położyć się spać.

– A cóż to się dzieje? Chory jesteś czy co? – dziwiła się Mama żartobliwie machając przed nim saszetką z kocim przysmakiem. Ten obrzucił ją jedynie zmęczonym spojrzeniem, wtulił głowę w miękkie futro i westchnąwszy ciężko, zasnął.

– Mamo, może jemu naprawdę coś jest? – zmartwiła się Malinka delikatnie przeciągając dłonią po lśniącej sierści.

– Ależ skąd, pewnie nie jest głodny i tyle.

Dziewczynka nie mogła widzieć porozumiewawczego spojrzenia pełnego niepokoju, jakie Mama i Tata wymienili między sobą. Tymczasem następnego dnia Łobuz wciąż nie był głodny. Nie miał też ochoty na przechadzkę po mieszkaniu, drapania tapety czy zabawę sztuczną myszką, którą Malinka próbowała go skusić. Nie było rady, kota musiał obejrzeć weterynarz.

Znacie tę sytuację, kiedy bardzo boli was ząb, a w poczekalni u dentysty ból przechodzi jak ręką odjął? Osowiały i nieruchawy Łobuz napełnił się niezwykłą werwą, gdy tylko Tata i jego córka usadowili się na krzesłach w oczekiwaniu na wizytę u weterynarza. Zeskoczył z kolan Malinki i ruszył na oględziny poczekalni. Gdy opiekunowie zdążyli już zwątpić w sens badania i swoich spostrzeżeń, otworzyły się drzwi gabinetu lekarskiego. Seria koniecznych badań nie nastręczała trudności, gdyż energia Łobuza szybko wyparowała, napełniając dziewczynkę lękiem o zdrowie pupila. Niestety, nie bez racji. Okazało się, że kot był chory i choć szybko zareagowali, sytuacja była poważna. Właściwie beznadziejna. Malinka nie chciała opuścić gabinetu, by Tata porozmawiał z panią doktor jak dorosły z dorosłym. Nie było rady, należało wszystko wyjaśnić z oceną szans pacjenta włącznie. Choroba była nieuleczalna, a jedyne co można było zrobić, to łagodzić jej przebieg dopóki będzie to możliwe.

– A co potem? – spytało dziecko gładząc futro znieczulonego do badania kocura.

– Porozmawiamy o tym w domu, kochanie – powiedział Tata rzucając lekarce błagalne spojrzenie.

Po powrocie i odłożeniu oszołomionego Łobuza na jego ulubione miejsce, rodzice usiedli przy Malince głaszczącej z troską jedwabistą sierść.

– Córeczko, Łobuz jest ciężko chory – zaczął Tata ściszonym głosem, jak gdyby bał się, że tamten go usłyszy. – Będzie coraz słabszy i…

– Ale pani doktor powiedziała, że da mu lekarstwa, więc wyzdrowieje. Jak się bierze lekarstwa zgodnie z receptą, to zawsze wraca się do zdrowia. Sami tam mówicie – przerwała mu z nadzieją i pewnością w głosie.

– To prawda, zazwyczaj tak właśnie jest. Ale…

– Pamiętasz babcię Zosię, córeczko? – wtrąciła się Mama. Malinka skinęła głową. – Babcia Zosia też kiedyś zachorowała. Wszyscy bardzo się staraliśmy, by odwiedziła najlepszych lekarzy, dbaliśmy, aby brała leki. W końcu babcia, walcząc z chorobą, trafiła do szpitala. Pamiętasz, jak ją odwiedzaliśmy?

–  Uhm…

– Babcia bardzo starała się pokonać chorobę, lecz ona okazała się silniejsza.

– Ale Łobuz jest kotem! Będziemy się o niego troszczyć i on wyzdrowieje – Malinka była bliska łez.

– W porządku, kochanie. Na razie zajmijmy się opieką nad Łobuzem. Wrócimy do tej rozmowy – uspokajał Tata dając Mamie znak, by nie kontynuować tematu.

Następne dni pełne były starań, by kot zażył lekarstwa lub zjadł choć odrobinę karmy. O i ile udawało się wsunąć do obojętniejącego pyszczka strzykawkę z przygotowanym medykamentem, o tyle nie było mowy, by słabnący kocur czymkolwiek się posilił. W końcu nawet Malinka musiała przyznać, że nic nie wskazuje na to, by Łobuz miał poczuć się lepiej.

– Dlaczego on nie zdrowieje? – spytała z wyrzutem obserwując kocie ciało całe skupione na miarowym oddechu. Wydawało się, że nie jest to czynność ani łatwa, ani bezbolesna.

– Córeczko, z jego choroby nie da się wyzdrowieć – odpowiedziała ze smutkiem Mama. – Łobuz… cierpi – dodała niemal szeptem.

– Mamo, jemu na pewno można jakoś pomóc. Powiedz, że można – nalegała Malinka a z jej oczu popłynęły łzy. Szlochała wyczekując ratunku.

– W tej sytuacji jest tylko jeden sposób – Mama wahała się przez chwilę walcząc ze wzruszeniem. – Możemy zabrać go do weterynarza. Pani doktor zrobi mu zastrzyk, po którym Łobuz… zaśnie.

– A kiedy się obudzi?

– Tutaj już się nie obudzi. Obudzi się… w Niebie.

– Jak to w Niebie? Kto go tam przeniesie?

– Malinko – Mama nabrała głęboko powietrza w płuca – babcia Zosia, gdy choroba okazała się zbyt silna, umarła. To znaczy, że jej dusza- wszystko to, co w babci było najlepsze, cała jej miłość do nas, ciepło i troska, opuściły ciało. My tego nie widzimy, ale dzięki śmierci dusza może pójść do Nieba, tam gdzie jest najcudowniej na świecie. Ciało jest tam zupełnie zbędne. Jest przecież zmęczone, chore. Po prostu zużyte. Dlatego zostaje na Ziemi, jakby… puste. Schowaliśmy ciało babci do grobu, pod ziemią, bo jej już nie było potrzebne.

– A Łobuz?

– Łobuz, gdy umrze, też zostawi tutaj puste ciało. Ale przecież on cię kochał, był do ciebie przywiązany, więc jego miłość też pójdzie do Nieba.

– Kociego nieba? – w głosie dziecka dało się wyczuć nadzieję. Mama parsknęła śmiechem, którego teraz tak rozpaczliwie potrzebowały.

– Jasne, że kociego. Będzie tam jadł same przysmaki, bawił się do upadłego i spał, ile zechce. Hmm, w sumie to chyba będzie robił dokładnie to, co tu z nami – uśmiechnęły się obie na myśl o pupilu pełnym niedawnej werwy.

– A kiedy Łobuz umrze? – spytała poważnym tonem.

– Obawiam się, że niedługo, jego choroba bardzo się nasiliła. Jeśli pozwolimy weterynarzowi  podać mu zastrzyk, Łobuza nie będzie już nic boleć, po prostu zaśnie.

Malinka zastanawiała się dłuższą chwilę. Chciała pogłaskać swojego kocura, ale ten oddychał z takim wysiłkiem, że bała się go dotknąć, by bardziej mu tego nie utrudniać. Schyliła się tylko do jego kosmatego ucha i wyszeptała w nie z czułością:

– Chcesz już odpocząć, Łobuzku?

Kot z trudem otworzył ślepia i spojrzał w oczy wyczekującej odpowiedzi dziewczynce.

Do weterynarza udali się całą rodziną: Mama, Malinka oraz Łobuz, owinięty w koc i niesiony przez milczącego Tatę.

– Czy pożegnaliście się z Łobuzem? – spytała łagodnie pani weterynarz. Tata spojrzał na nią zaskoczony. – Przygotuję dokumenty. Macie państwo jeszcze chwilę. Wszyscy.

Malinka już w domu wytłumaczyła Łobuzowi wszystko, co dotyczyło zasypiania i Nieba. Zapewniała o swojej pamięci i miłości. Teraz więc ucałowała jedynie pokrytą delikatnym, szaroburym deseniem głowę. Rodzice najpierw czuli się zakłopotani. Upewniwszy się jednak, że lekarz nie przygląda się ich niezdarnemu pożegnaniu, każde z nich, wzorem Malinki, pochyliło się nad pupilem. Szybki ruch dłonią i już nie ma tej niesfornej łzy spływającej po dorosłym policzku.

Pani doktor pogładziła patrzącego w nieokreślonym kierunku kota, który leżał na specjalnym stole, otulony bladoróżowym pluszem. Niewielką strzykawką ostrożnie podała zastrzyk. Nic się nie zmieniło. Nie drgnął, nie westchnął. Spał?

– Czy Łobuz już jest w Niebie?

Lekarka wsunęła pod koc srebrny krążek stetoskopu.

– Tak, jest już w Niebie.

– Kici kici, no chodź tu, malutki – łagodny głos przywoływał go z czułością. Przeciągnął się wyprostowując po kolei każdą z nóg. Szerokie ziewnięcie ukazało spiczaste, białe zęby. Znacie ten dostojny, koci chód, któremu towarzyszy kołyszący ruch bioder? Ten wskazujący na pokrewieństwo między wszystkimi kotami, lwami i tygrysami? Zwróćcie uwagę, że to nie kot należy do lwiej lub tygrysiej rodziny, lecz dokładnie odwrotnie. Ma on w sobie królewską krew, która każe mu być takim samym kapryśnym indywidualistą, jak niejeden ludzki władca. Może dlatego nie wszyscy lubią koty. Pokarzcie mi jednak króla lub cesarza gotowego, by wskoczyć wam na kolana, umościć sobie na nich dogodne legowisko i w nieskończoność drgać jednostajnym dźwiękiem, świadczącym o hedonistycznej przyjemności życia?

Babcia Zosia z czułością przeciągnęła dłonią wzdłuż całego kociego kręgosłupa. Łobuz zamruczał w odpowiedzi.

Czy powiedziałam: „życia”?

Related Posts

5 komentarzy

  1. Maya
    7 stycznia 2014 at 21:33 Odpowiedz

    Przypomniał mi się wiersz F. Klimka. pt. „On wróci”.
    „On wróci” Franciszek Klimek

    Zapłacz
    kiedy odejdzie,
    jeśli Cię serce zaboli,
    że to o wiele za wcześnie
    choć może i z Bożej woli.

    Zapłacz
    bo dla płaczących
    Niebo bywa łaskawsze
    lecz niech uwierzą wierzący,
    że on nie odszedł na zawsze.

    Zapłacz
    kiedy odejdzie,
    uroń łzę jedną i drugą,
    i – przestań nim słońce wzejdzie,
    bo on nie odszedł na długo.

    Potem
    rozglądnij się wkoło
    ale nie w górę;
    patrz nisko i – może wystarczy zawołać,
    on może być już tu blisko…

    A jeśli ktoś mi zarzuci,
    że świat widzę w krzywym lusterku,
    to ja powtórzę:
    on w r ó c i… Choć może w innym futerku.

  2. Anna Krawczyńska
    6 stycznia 2014 at 19:24 Odpowiedz

    czy Malinka powinna mieć NOWEGO kota?

    • agnieszkarogala
      6 stycznia 2014 at 22:54 Odpowiedz

      Pewnie tylko Malinka mogłaby odpowiedzieć. Ciekawe, czy jej rodzice nie baliby się spytać..

  3. Karola
    31 grudnia 2013 at 12:47 Odpowiedz

    Jak się domyślasz, wzruszyłam się już po samym zobaczeniu zdjęcia przypisanego do tej historii…Nie mówiąc o tym co było po kolejnych akapitach. Mam nadzieję, że Mysza też teraz mruczy na czyiś opiekuńczych kolanach.

Leave A Comment