• poniedziałek , 11 Grudzień 2017
KAŻDA MATKA TO EMPATKA.

KAŻDA MATKA TO EMPATKA.

Po pierwsze- nie ma takiego słowa. Po drugie- jeśli masz dziecko (choćby mentalnie, tak też można!), to wiesz, że wyostrza Ci się słuch (obudzisz się na sapnięcie z drugiego pokoju) oraz wzrok (tej mikrokrosteczki tu nie było!). Coś dziwnego dzieje się z głową, ale najgorsze jest to, co wyprawia się z Twoim sercem. I wcale nie chodzi o miłość i poświęcenie, o których napisano już chyba wszystko.

Empatka- ki czort?

Dawno temu na studiach jeden młody mężczyzna opowiadał mi w zachwycie o pewnej niewieście, która go fascynowała, a która jego zdaniem miała niespotykaną, wyróżniającą ją z szarego tłumu umiejętność. Była- uwaga, uwaga- empatką. Właśnie tak. Ponoć wyczuwała ludzkie emocje na odległość czyniąc to mimowolnie, intensywnie, dobitnie i za każdym razem. Temat ten musiał się we mnie nieźle wgryźć (może dlatego, że w owym czasie to ja, nie „empatka”, byłam dziewczyną tamtego chłopaka), skoro 3 lata później napisałam całą pracę magisterską o empatii właśnie. I dowiodłam (sobie, bo kto poza ziewającym promotorem czyta te wypociny), że KAŻDY, począwszy od oseska leżącego w szklanym łóżeczku szpitalnym, ma w sobie pokłady niezwykłej empatii. A takiego słowa jak „empatka” nie ma. Zwycięstwo było moje. Do czasu.

Każda matka to empatka.

Naprawdę, spokojnie zadowoliłabym się tą porcją empatii, jaka przypada na przeciętnego Bogdana albo innego Leszka, lejącego piwo i łzy nad przegrywanym meczem ukochanej drużyny trzecioligowej. Żal mu chłopaków, przecież tak trenowali a teraz pewnie im przykro (plus ewentualne „ku…a mać”). Współodczuwa, empatyzuje, a potem siku po browarze i trzeba wracać do życia.

Jednakże u mnie i u sporej – jak mi wiadomo- części kobiet, po urodzeniu pierwszego dziecka, gruczoł empatii przerósł, spuchł i uciska tak dotkliwie, że muszę sobie cenzurować Internet. Dlaczego Internet? Ponieważ z reklamami i ogłoszeniami społecznymi jest trudniej, atakują znienacka, bez uprzedzającego nagłówka. Mama przy szpitalnym łóżeczku?- moja broda zaczyna niekontrolowanie drżeć. Kilkuletnie dziecko, zatrzaśnięte w ortopedycznym szkielecie, stawia swoje pierwsze kroki?- ledwie widzę, bo łzy zamgliły spojrzenie. Hospicjum dla dzieci?- gil do pasa i szloch. Bo tej mamie pewnie serce pęka, mnie by pękło. Bo to dziecko takie dzielne. Bo to, co – jak sobie wyobrażam- czują ci rodzice, staje się do bólu moim udziałem, choć na chwilę. Bo ja też mam dzieci. Więc sobie DOKŁADNIE, czy chcę czy nie chcę, wyobrażam.

Płaczę przy Facebooku.

Więc unikam tych postów, których same nagłówki śnią mi się po nocach. Dzieci morzone głodem, wrzątkiem, bite, zaniedbane. Rodzice, którym życie odebrało wszelką pociechę. Zdjęcia, które mi potem budują koszmary. Nie mogę, przepraszam, jeśli powinnam oglądać. I tak nie ma ze mnie pożytku, bo wyję przy nich bezowocnie.

Z opowieści wiem, że to zjawisko nie dotyczy tylko mnie. Odnoszę nieprzeparte wrażenie, że większość z nas wraz z narodzinami pierwszego dziecka stało się uczestniczkami jakiejś zbiorowej wrażliwości, gdzie ból jednej matki boli całą resztę jak własny. A cierpiące dziecko z ekranu, w głowie każdej z nas jest trochę dzieckiem osobistym, tym w prywatnej sypialni.

Więc cenzuruję, zamykam oczy, udaję, że to się nie dzieje. Ktoś mógłby mi zarzucić odwracanie spojrzenia od rzeczywistości, przekłamywanie jej, a może nawet brak wrażliwości społecznej. Ale to musiałby być ktoś całkowicie pozbawiony empatii. A przecież takich osób nie ma, wiem z mojej pracy magisterskiej. No, może poza socjopatami. Ale oni nie czytują takich blogów, jak mój.

Related Posts

One Comment

  1. Dominika
    21 marca 2017 at 09:54 Odpowiedz

    Poczekalnia w przychodni. Czekam cierpliwie na swoją wizytę. Wśród czekających jest Mężczyzna – Tata z wózkiem. Mój strach przed zastrzykiem w kolano generuje różne scenariusze. Nagle z gabinetu wyłania się kobieta wołając wspomnianego Mężczyznę. Wychodzą we troje- Ona, Ona i Dziewczynka (na oko 5-6 lat) Dziewczynka nie chodzi, rączki i nóżki zwisają bezwładnie, wzrok ma „nieobecny”. Na twarzy Matki troska, miłość, zaangażowanie. Tata zmieszany, chyba trochę zawstydzony i lekko poddenerwowany sytuacją. I ja – obserwator. Mój strach znika momentalnie, pojawia się fala dogłębnych uczuć. Empatia przede wszystkim, ale i podziw dla tej Rodziny, a przy tym ogromna oblewająca wdzięczność za moje zdrowe Dzieci. Patrzę na Dziewczynkę, uśmiecham się do niej, po chwili widzę delikatne zarysy uśmiechu na Jej twarzy. Mama Dziewczynki momentalnie się ożywia. Mnie łzy same ciekną po polikach. Wchodzę do gabinetu bez strachu i lęku. Emocje zostały przy tamtej Rodzinie.

Leave A Comment