• piątek , 21 Lipiec 2017
ZAURACZANIE DZIECI.

ZAURACZANIE DZIECI.

Gest był tyleż szalony co zdecydowany. Obcięłam ją. Obcięłam ryzykując, że cały świat niematerialny rzuci się teraz na moje świeżo narodzone dziecko. I to będzie wyłącznie moja- matki wyrodnej- wina.

Przy pierwszym dziecku byłam ostrożniejsza.

Babcia ostrzegała, a przecież wiadomo: pomoże- nie pomoże, na pewno nie zaszkodzi. Zresztą, nie takie głupoty robiło się debiutując w roli matki. Nie takie problemy wymyślało umysłem zarzuconym hormonalnym koktajlem macierzyństwa, w którym rozum nie oddziela jeszcze tego, czym warto się zadręczać, od tego, co olać trzeba sikiem parabolicznym. No wiec przy pierwszym dziecku uległam. Mała czerwona wstążeczka zakłócała moje feng shui beżowego wózka ale niech tam. Gdyby czyjeś złe spojrzenie albo ukryte w niewinnej pochwale zaklęcie miało zrobić krzywdę dziecięciu- będę przygotowana.

Ochrona przed złym urokiem.

Jeszcze będąc w ciąży pouczyła mnie na ten temat pewna matka, która ze swoim piątym (żadna patologia, po prostu lubiła ten sport), niedawno narodzonym dzieckiem udała się na spotkanie do galerii Złote Tarasy, a następnie na zakupy tamże. Wieczorem przekonała się boleśnie, że ktoś, kto tylko z pozoru zachwycał się urodą potomka, w rzeczywistości rzucił na niego zawistny urok. Każdy głupi zorientowałby się, że chodzi o czary- mały był pobudzony, płaczliwy, trudno było go uśpić. Zrozpaczona mama przypomniała sobie, że na taką złą magię najskuteczniejszy jest któryś z archaniołów (w końcu po coś się w tego Pana Boga wierzy, c’nie?) i znalazłszy odpowiednią, archanielską modlitwę zmówiła odczarowujące pacierze. Poprawę dostrzegła natychmiast! Odetchnęła z ulgą, czar został zdjęty. Następnego dnia montowała czerwone wstążki w miejscach dzieciowo- strategicznych, wszak doświadczenie uczy.

Tymczasem ja lekkomyślnie pożegnałam się z czerwoną kokardą dyskretnie zamontowaną do budy pożyczonego wózka, w którym moje trzecie (takie ponoć wychowuje się już samo) dziecko miało oglądać świat a świat oglądać jego.

Jak (nie) zauroczyć dziecko?

Ostatnio podarowałam komuś kwiatka w doniczce. Ale żadnego „dziękuję” nie usłyszałam, albowiem „nie dziękuje się za kwiatki, bo nie urosną”. To z kolei przypomniało mi sąsiadkę nieboszczkę, która co dzień monologowała do swej kolekcji w doniczkach, aby zapewnić jej bujny wzrost. Tu już nie chodzi o to, że mowa jest srebrem a milczenie złotem. Tu się dzieje magia.

To może jednak zauraczać te dzieci, mimo wszystko? Jak kwiatki? Wszak powtarzają fachowcy, żeby nie chwalić (niemądrze), nie ganić (bezmyślnie) i w ogóle najlepiej w żaden sposób nie wypowiadać się O dziecku DO dziecka. Żeby było nieoceniająco. Wobec tego proponuję mówić- ku wzrostowi. Nie: jak pięknie! ślicznie! Bo to czyste zauraczanie jest spod znaku czerwonej wstążeczki. Ale też nie jak pewna starsza pani, która widząc niemowlę, nie chciała czaru rzucić (bo czar na dziecko jest jak bąk. Można puścić zupełnie niechcący.) ale coś jednak powiedzieć. Rzekła więc z uśmiechem „ojej, jaki on brzydki!”, „paskudny mój ty malutki!”, a matka już tam się przecież domyśli, że nie o to chodziło. No więc bez takich skrajności. Wyłącznie jak do kwiatków. Gadać z nimi, nadawać, mówić choćby milczały jak piwonie albo rododendron. Skoro rosną, znaczy słyszą.  A niech rosną do nieba na pociechę!

Ps. Jako matka trojga, z zawodu wychowująca od lat cudze dzieci informuję, że one słuchają uważnie- od samiutkiego początku. Więcej niżbyśmy chcieli. I rozumieją o wiele więcej, niżbyśmy podejrzewali. Niestety.

Related Posts

Leave A Comment