• środa , 21 Październik 2020
BUNT INACZEJ

BUNT INACZEJ

Bycie outsiderem to prościzna w porównaniu z próbą samodzielnego myślenia przeciętnego człowieka w przeciętnym świecie. Pierwszego ometkują i dadzą spokój. Drugi spokoju nie zazna.

Jako buntownik ładnie mieściłabym się (!) w kategoriach. Można by potraktować mnie jak artystkę, rockmankę, podróżniczkę, buddystkę… whatever. W dodatku mogłabym przyłączyć się do kasty równie niezwykłych jednostek, w kupie przecież raźniej, kupy nikt nie ruszy. I wiadomo z czym to się je, że oni tak mają i nic z tym, człowieku, nie zrobisz.

Gorzej, jeśli nie mam ochoty zrywać romansu ze społeczeństwem, rodziną, przyjaciółmi. I tylko odechciało mi się udawać, że bieganie w chomiczej karuzeli to kroczenie do przodu. Jeśli przyszło mi do głowy, że można funkcjonować inaczej ale wciąż w tym samym domu, w tej samej grupie. Że można zmienić sposób myślenia- o sobie, o problemie, o swojej małej przyszłości. To się raczej nie spodoba. To się nazywa wychodzenie ze strefy komfortu. Z tą różnicą, że ja się na to decyduję, za to reszta nigdzie zgody nie podpisywała.

Bo wiesz, to niekomfortowo, niewygodnie, nie-wiadomo-jak mieć koło siebie taką osobę. Podważającą i kwestionującą małą stabilizację. Ale nikt nie powie jej: „hej, to co robisz narusza mój ład i czuję się zagubiony”. To wymagałoby wglądu w siebie, nazwania uczuć i ich zaakceptowania. Zaburzenia status quo. Zamiast tego trafi się krytyka, kpina, jakiś szantażyk psychiczny albo widok wspierających do niedawna pleców. Skoro tak, to radź se sam.

Mogę pomachać zza akwarium udowadniając, że tam też jest życie. Pamiętając jednak, że ci w karuzeli raczej nie pogratulują samodzielnego sukcesu. Wiesz, trudniej kręci się kółkiem, gdy ubywa nóg w biegu donikąd. Dlatego mimo miłości, przyjaźni, dobrych relacji, jesteśmy odtąd z dwóch różnych planszy. I problemem nie jest interpretacja reguł gry, ale fakt, że gramy już w coś zupełnie innego.

A choćbym była najbardziej przekonana, co do słuszności moich wyborów, albo nawet prawie obiektywnie lepszej jakości świadomego życia, do tych z karuzeli mogę machać zachęcająco ale na siłę ich stamtąd nie wyciągnę. Nie wolno mi. Szacunek należy się się ich wyborom nawet jeśli wynikają z przyzwyczajenia lub lęku.

Bez skórzanej ramoneski, bez irokeza, bez transparentów. Wewnętrzny sprzeciw, bunt i rewolucja często odbywa się w ciszy, samotnej ciszy. A nowy ład i nowe porządki zachodzą tylko we mnie, podtrzymywane własnym przekonaniem o ich słuszności, bez pochwał i gratulacji zwycięskiej walki. Można się tego nauczyć. Da się z tym żyć. Czasem tak trzeba.

Related Posts

One Comment

  1. joan
    25 czerwca 2014 at 17:23 Odpowiedz

    To o czym piszesz jest dokładnie byciem outsiderem tylko bez zewnętrznych emblematów. Ale tak naprawdę dla ludzi w kołowrotku jest też znacznie trudniejsze bo nie sklasyfikowane bo nie wiadomo jak się z tobą obejść bo udawana tolerancja do inności już jakoś tu nie znajduje zastosowania. Myślę że choć to bolesne to jednak kiedy przechodzi się transformację świadomościową to tak na prawdę jest to też siłą rzeczy rezygnacja z niektórych relacji. Bo dla tych ludzi jest to zbyt trudne żeby być w relacji świadomej i zorientowanej na ja, ty.

Leave A Comment