• sobota , 4 Lipiec 2020
ŁĄCZĘ KROPKI I SZUKAM PUNKTÓW.  MOCY.

ŁĄCZĘ KROPKI I SZUKAM PUNKTÓW. MOCY.

Dotknął mnie problem, przed którym ostrzegałam tak wiele kobiet. Epidemiczne zamrożenie sprawiło, że zabrakło mi punktów mocy.

Podczas wielu moich warsztatów nie raz powtarzałam, że warto pełnić więcej niż jedną lub dwie role w życiu. Np. do „ach ach, bycie mamą i żoną to kwintesencja mojego jestestwa! Czegóż chcieć więcej?!” dorzucić jeszcze pracę zarobkową tudzież pasję, dajmy na to, szydełkowania. Po co? Po to, by zawsze było skąd czerpać punkty mocy. Może się bowiem okazać, że gdy macierzyństwo akurat mniej słodkie lub związek chwilowo gorzkawy, trzeba będzie poszukać smaku sukcesu na innym polu, które pozwoli przetrwać mdłą codzienność.

Tymczasem w moim wypadku wydarzyło się coś odwrotnego. Epidemiczne zamrożenie życia społeczno-zawodowego odebrało mi większość moich źródeł dodatkowych punktów mocy. Pozostały role przede wszystkim przydomowe. A kto mnie zna, ten wie, jak lubię smakować życie znacznie intensywniej i barwniej.

Poza domem…

działo się wiele. W tygodniowym grafiku byłam np.

Agą od Szkoły dla Rodziców i Wychowawców, warsztatów wszelakich i spotkań dla kobiet. Opracowywałam zajęcia, zbierałam wiedzę, szlifowałam treści i formę. Rozwijałam warsztat. Dawałam trochę wiedzy, trochę samoświadomości, trochę dystansu. Już nie.

Ciocią z klubu malucha. Panią od cudzych dzieci, której te dzieci słuchały z uwagą. Byłam tą, do której wiele z nich tęskniło. Tą, która umiała ogarnąć grupę szalejących dwu- trzylatków, śpiewać głośno i bezwstydnie. I nauczyć czegoś nowego o świecie. Już nie.

Tymczasem w domu…

jestem z dziećmi, za których krzywdę gotowa jestem odgryźć głowę dowolnej gnidzie. Ale też z dziećmi, które jęczą „znowuuuu pracuuuujesz?”, gdy tylko siadam do biurka. Kocham moje dzieci. Dla nich nie muszę zrobić sobie makijażu, ułożyć włosów i znaleźć lepszych niż dres ciuchów. I to niedobrze.

Moje dzieci nie pozwolą mi zrealizować się w innych rolach. Bo nie są cudzymi dziećmi. Nie są innymi dorosłymi. Nie są resztą świata, z którą też, proszę o wybaczenie wszystkich oburzonych, chcę mieć kontakt. No taka jestem.

Ktoś powie, że przecież mam jeszcze swoje internety. Mam. I z okropną skłonnością do porównywania się na własną niekorzyść wyszukałam sobie „mocne” przykłady na to, że nie wypracowałam tylu „lajków”, tyle „subów”, tylu odsłon, co inni twórcy. Tylu namacalnych dowodów na to, że… właściwie nie wiem na co. Przecież dostaję sygnały, że jest choćby kilka osób, którym coś daję. Chyba chodzi o dowód na jakiś upgrade, że idę do przodu, że efekty mojej pracy zataczają szersze kręgi.

Nieliniowa ścieżka kariery.

Raz na jakiś czas muszę głośno powtórzyć sobie, że to jest OK, że moja ścieżka zawodowa kompletnie nie przypomina drabiny, której szczeble umiałabym zaplanować. Jest raczej łączeniem kropek. Akcją i reakcją, skokiem i lądowaniem, punktem i odcinkiem. Mam nadzieję, że na koniec turnee po tym życiu zobaczę, jakiż to obraz z tych kropek powstał. Póki co nie przypomina mi to niczego, co znam choćby z widzenia.

Ktoś mógłby chcieć mnie przytulić i w najgorszych chwilach wyszeptać do ucha, że przecież jestem świetną mamą i najważniejsze, że wychowam dobrze te dzieciaki. To będzie mój największy sukces. Tylko wiecie. To jest tak, że do życia potrzebne jest i oddychanie i jedzenie. Ale nie można zamiast haustu świeżego powietrza zafundować sobie porządny kęs choćby najzdrowszego jedzenia. To se ne da.

Znaj swoje WHY.

Nie oddaję pola. Za moimi plecami, w pracowni, wisi plakat z notatkami pt. „Mój YouTube”. I jest tam moje luźne tłumaczenie zdania Nitzsechego (proszę się nie uprzedzać ze względu na autora) – „Ten, kto wie PO CO, zniesie prawie każde JAK”. (oryginalne “He who has a why to live for, can bear almost any how.”). Ja znam swoje „PO CO” choć jego sprecyzowanie i ubranie w słowa nie było ani łatwe, ani oczywiste.

Wciąż noszę w sobie przekonanie, że cała ta pandemia zrobiła kilka dobrych testów na żywych organizmach, na które w normalnych okolicznościach nie byłoby czasu albo sposobności. Zamknęła drogi, dzięki czemu powstały ścieżki. Odcięła to, co należało odciąć. Nikt jednak nie powiedział, że przy odcinaniu- nawet tam gdzie trzeba- nie boli (klik).

Moja osobista wersja macierzyństwa przewiduje mnie- kobietę- matkę, spełnioną w rolach na tyle różnych, bym mogła czerpać siły z wielu źródeł. Dlatego pomimo kryzysów powtarzających się w niemal regularnych odstępach, znów to robię.

Mrużę oczy. Tam gdzieś jest przecież kropka. Uginam lekko kolana. Robię wymach.

Foto Sharon McCutcheon i Brooke Lark na Unsplash

Ps. Ten tekst był w komplecie z filmem z okazji Dnia Matki. Choć naturalnie można traktować je rozdzielnie. Kto bogatemu zabroni 😉

Related Posts

Leave A Comment