• wtorek , 11 Grudzień 2018
NIE CHCĘ NALEŻEĆ DO DZIECKA

NIE CHCĘ NALEŻEĆ DO DZIECKA

Co mi za to grozi? Odrzucenie przez najlepsze z matek? Hejt anonimowych oburzonych? Zaryzykuję. Żebyście wiedziały, że nie jesteście same, kiedy miewacie dość.

Oddaj mi ciało

Znasz te pastelowe foty krągłych brzuchów? Zrelaksowane, skupione na swoim wnętrzu, popijające świeżo wyciśnięty sok z czegoś bardzo zdrowego, praktykujące jogę dla dobra własnego i dziecka szczęśliwe matki przyszłe? Jak to miło, że są ciężarne niedotknięte rozstępami, opuchlizną nóg, problemami z cerą, trudnościami ze zmieszczeniem się w cokolwiek poza gigantycznym workiem na kartofle. Dzięki nim mogę być pewna, że moje stany błogosławione, a zwłaszcza ten pierwszy, były niczym innym jak zwyczajnym połknięciem kolosalnego arbuza. Skrzyni arbuzów. Uff, dobrze, że to nie była ta prawdziwa ciąża, bo mogłabym się zdołować, że nie było pastelowo i czasem nawet bez wewnętrznej harmonii.

Tak serio, ciąża to fajna rzecz. Tak od trzeciego do siódmego miesiąca. Byłam nią zachwycona, każdy dzień był świętem i stawianiem się w centrum rodzinnego wszechświata. A potem zrobiło się mnie zdecydowanie za dużo, by było wygodnie w jakiejkolwiek pozycji.

Pod koniec pierwszej ciąży poszliśmy na szkołę rodzenia. Na jednym ze spotkań powiedziałam otwarcie, że czasem mam wrażenie, jakby mnie zamknięto w cudzym kombinezonie i marzę o sytuacji, w której rozpinam ekspres i zrzucam go z siebie. Wtedy pierwszy raz poczułam, co to znaczy być złą matką.

Oddaj mi duszę

Na początku macierzyństwa można sobie wspaniale podbudować ego. Okazuje się, że jesteś absolutnie niezastąpiona! Najlepiej usypiasz, najskuteczniej uciszasz płacz, łagodzisz wszelkie bóle, czytasz z ruchu warg, spojrzenia, dłoni i pomruku. Wiesz najlepiej o wszystkim, co dotyczy Twojego dziecka. Jeśli uważasz, że brakuje Ci punktów mocy, to niemowlę sprawi, że w swoich i męża oczach będziesz niczym Bruce Wszechmogący w spódnicy.

Ale bywa, że Twoje zainteresowania przestają sprowadzać się do koloru kupy czy polowania na organiczną marchewkę. Chciałoby się do kina, na zakupy, do pubu. Do dorosłych. Trzeba iść do pracy, zrobić coś w domu, załatwić na mieście. Dziecko trochę urosło, opieka babci lub niani nie powinna być dramatem. Tata może nakarmić i położyć spać. Równie dobrze, jak mama. Prawda? A jednak są kobiety- frustratki, które potrzebują być i odrębne, i niezastąpione. Nikt nie zajmie się dzieckiem lepiej od niej, więc musi być czynna 24 godziny na dobę, wyrobić 120% normy. „Boże, jakie ja mam życie, jestem taka zarobiona, zmęczona, już na nic nie mam siły”. Czytaj: „ale za to jestem cholernie ważna”. To jedna możliwość. Inna, jak pokazuje doświadczenie, może wyglądać tak, że chętnie co jakiś czas scedowałabyś opiekę nad pociechą. Bez większego poczucia winy. Ale młode żadną miarą nie chce się na to zgodzić. Jeśli nie ma przy Tobie mądrego męża albo babci, którzy przekonają Cię, że świat się nie wali, gdy wychodzisz, to bardzo Ci współczuję. Znam takie mamy. Gdy potomstwo zdziera gardło, bo Twój samolubny prysznic trwa zbyt długo. Gdy nikt tylko Ty. To są te momenty, gdy wychodzę do drugiego pokoju i w tajemnicy przed wszystkimi mówię bardzo brzydkie słowa.

Nie jestem tobą. Ani ty mną.

Do klubiku przychodzi młoda dziewczyna. Chce pracować z dziećmi. Proszę, tu są świadectwa i motywacje. A jakby co, to można się spotkać z jej dzieckiem. Bo, jak wyjaśnia, to przecież jej najlepsze CV.

Na jej miejscu modliłabym się, żeby pociecha nie miała akurat buntu dwulatka. Albo wyrzynającego się zęba. Albo ochoty na cukierka. Albo zwyczajnie złego dnia. Moje dzieci miewają podobne sytuacje i uprzedzam, że nie świadczą one w żaden sposób o mnie. Ja i one to odrębne byty. Zależne od siebie ale nie tożsame. Różne rzeczy nam się udają lub nie. Miewamy humory, wszyscy. Nie jestem ich wściekłością, że to koniec oglądania bajek. Nie oceniaj mnie na tej podstawie. Nie obciążaj ich odpowiedzialnością za stanowienie dowodu na moje powodzenie w życiu lub jego brak.

Jaki odsetek obserwatorów miotającego się na sklepowej posadzce dziecka przygląda się matce, a nie maluchowi? „Poradzi sobie? Jest dobrą matką?” Do licha, to kto się w końcu rzuca na tej podłodze?!

Moje dziecko jest częścią mnie. Ale nie jesteśmy zrośnięci. Każde z nas należy do siebie samego. Jeśli czuję, że tracę suwerenność, to chcę mieć prawo, by o nią zawalczyć. Pokojowymi lecz skutecznymi metodami. Żebym to co robię, robiła z radością a nie przymuszona, pod groźbą kary. A poza tym, czyż nie chcę wychować dziecka, które będzie znało i ceniło swoją niezależność? Które odważnie stanie w obronie tego, co uzna za ważne dla siebie?

Related Posts

2 komentarze

  1. Aśka
    19 lutego 2014 at 11:51 Odpowiedz

    Co do rzucania się na ziemię, to ostatnio od pewnej pani psycholog usłyszałam, że należy się cieszyć z każdego takiego buntu kończącego się na ziemi, bo dziecko uczy się wyrażać swoje emocje. W związku z czym mając 2-latka i bunt od 1,5 roku prawie co dzień „świętuję” ten moment break dance’a mojego syna, zastanawiając się co myślą sobie ludzie patrzący jak w pośpiechu zwijam go z ziemi i uciekam „radować się” w zaciszu swojego mieszkania…. 🙂

  2. AgN
    18 lutego 2014 at 23:57 Odpowiedz

    ehh,w tym tekście jest myśli tyle, że na kilka poczytnych wpisów by starczyło 🙂 … ja mam niedosyt

Leave A Comment