• sobota , 24 Październik 2020
PRYSZCZATE MAŁŻEŃSTWO

PRYSZCZATE MAŁŻEŃSTWO

To nie o przedwczesnym związku małoletnich. To o decyzji o kochaniu i o wyciskaniu syfów. W małżeństwie właśnie.

Według statystyk w Polsce rozpada się co trzecie małżeństwo. Czyli np. Beata i Paweł- nie, Olka i Marcin- nie, Agnieszka i Krzysiek- bęc. I wcale nie jesteśmy w światowej czołówce! W takich Stanach Zjednoczonych umiera lekko ponad połowa zawartych związków, najczęściej po 4-5 latach wspólnego pożycia. No to mogłabym już być po fakcie albo chociaż w sytuacji okołorozwodowej. Tymczasem nigdy w niej nie byłam. Nie jestem. I nie planuję. Choć może to nie najlepsze słowo, przecież nikt nie planuje. A więc

nie zamierzam. Rozwodzić się.

Po pierwsze dlatego, że kocham. Po drugie dlatego, że przyrzekłam kochać. Emocje gasną i to dobrze, bo wykończyłyby wyrzutami narkotycznych hormonów. Porywy uczuć skutecznie tracą na sile w monotonii poniedziałków. A wtedy zostaje decyzja. Bo można zdecydować, że się kocha i już. W małżeństwie, w jego całej organicznej codzienności, miłość jest kwestią postanowienia o stylu życia, a nie uderzeniem gorącej krwi do mózgu. Bywa jednak, że brak silnych bodźców puszcza sygnał pomiędzy sercem a głową. „Wypaliło się”. „Czas na zmiany”. I owszem! Ale zmiany w Starym a nie na Nowe. Przecież panta rei, wszystko płynie i się zmienia. Kryzysy przychodzą i odchodzą. Problemy pojawiają się i… wzmacniają, jeśli stawia się im czoła.

A propos czoła. Czy twarzy w ogóle. Jak mi w latach mej beztroskiej młodości wyskoczył pryszcz, syfem zwany, to nawet perspektywa nadchodzącej imprezy nie była w stanie powstrzymać mnie przed wyciskaniem. Znacie to? Dojmujące pragnienie spędzenia z siebie tej zarazy już teraz, natychmiast! Żadne tam pudrowanie, czekanie aż syf dojrzeje (wiecie jak to wygląda czy opisywać wykwit?), w końcu sam pęknie i się oczyści. O nie. Ja tu rządzę a nie syf! I mówię „precz!”. Czasem zdarzało się „dziś: precz” i „jutro: precz”, bo gdzieś pod skórą coś jeszcze zostało i nabrało mocy w nocy. No to ciach, jeszcze raz do lustra, wacik w rękę i spirytus na odkażenie. A potem ulga i spokojne obserwowanie procesu gojenia.

I tak mam w związku. Dokładnie tak.

Że co, że potem zostają blizny? Po syfie na twarzy nie mam chyba żadnej. Jest scyzoryk brata na czole, paznokieć koleżanki na policzku, ospa wietrzna nad górną wargą. I ślad po kolczyku w nosie (ach, młodość!). Ale nie po wyciśniętych pryszczach. Na moim małżeństwie, na pierwszy rzut oka, blizn brak. A gdy już natrafię na jakiś ślad to z solidnym zaskoczeniem. O, naprawdę mieliśmy tu problem? Albo: to tak kiedyś było u nas? Niewiarygodne!

A gdy za jakiś czas zwątpię we wszystkie moje przysięgi, to sobie wykopię ten tekst z czeluści. Bo panta rei. Kryzys być musi, nie da się bez niego przeżyć życia. No i bez syfa. Na szczęście dobrze sobie radzę z wyciskaniem.

Related Posts

2 komentarze

  1. joan
    28 marca 2014 at 15:21 Odpowiedz

    Swietny tekst !! 🙂 uśmiałam się z kolczyka, wiesz że ja swój z wargi wyjęłam jakoś w ciąży i już jakoś mi do mnie nie pasuje. wcześniej był częścią mej osobowości, a teraz to już za mną , leży w kasetce :). metafora z wyciskaniem choć obrzydliwa to bardzo trafna. Gratuluje małżeństwa oby tak dalej

    • Agnieszka Rogala
      28 marca 2014 at 21:38 Odpowiedz

      Przekażę małżonkowi 🙂 Mój kolczyk był częścią osobowości ale i dawał +10 do mocy. Po jakimś czasie okazało się, że moc jest ze mną… i kolczyk już mi niczego nie daje. To i wyjęłam. Ale było fajnie mieć 🙂

Leave A Comment